Jak pisałam wcześniej, czasami po zabiegach operacyjnych pacjenci nie kompletnie wracają do rzeczywistości. To wszystko w większości przypadków się cofa, zdarzają się jednak sytuacje, że zmiany są nieodwracalne. pracując na kardiochirurgii, mieliśmy takiego pacjenta. Przed zabiegiem był bardzo elokwentny, ponoć bardzo mądry człowiek z wyższym wykształceniem. Niestety po zabiegu był w bardzo ciężkim stanie, pojechał na reanimację. Wrócił do nas po kilku tygodniach, tylko nieco odmieniony - psychicznie. Rozmowa z tym pacjentem; Było już bardzo późno w nocy, gdy jak zwykle przechadzałam się między łóżkami. Podeszłam do tego pacjenta, bo nie spał. Patrzy na mnie i po chwili pyta; no co tak stoisz- pomogłabyś mi. A w czym mogłabym panu pomóc - pytam. Jak to w czym , trzeba te pakunki wyładować. Jakie pakunki - pytam. No te, pokazuje miejsce na podłodze, nie widzisz?. odparł nieco zdenerwowany. A co w tych ładunkach jest?. Jak to co! amunicja - mówi coraz bardziej zdenerwowany. A wie pan gdzie pan jest?. Pytam, żeby wyjaśnić mu że jest w szpitalu. No jak to gdzie- w lesie, na ruskiej granicy. Odpowiada, zdziwiony, że ja nie wiem. Nie jest pan w szpitalu- cierpliwie odpowiadam. A co pani ze mnie wariata robi.. A po chwili.. co się ze mną dzieje, co się dzieje?. pytał sam siebie. Po czym znowu- kto tam stoi? pyta wskazując na drzwi- nikogo tam nie ma - odpowiadam. Jak to nie ma... stoi tam, powiedz niech sobie idzie...
Najgorsze jest to, że pacjenci chwilami zdają sobie sprawę, że coś się w ich głowach dzieje. Jednak nie potrafią tego opanować. Są też pacjenci, których trzeba przymocować pasami. Inaczej zrobili by krzywdę sobie lub innym pacjentom. Tak było z pacjentką, która wydzierała się w niebogłosy- aaa puście mnie, puście. Ja jestem Zofia Piłat, żona Piłata, mam zakopany skarb w ogródku... . A gdzie? pytamy.. w ogródku pod drzewem- aaaaaa wybijcie okna, wybijcie okna- krzyczała na cały oddział... Ale to co nie można otworzyć? zapytała pielęgniarka... chwilę zamyślenia po czym odparła... no patrz... i znowu masz rację. Miałam pacjentkę, co jak mnie zobaczyła darła się, nie podchodź !! Miała tak przerażenie w oczach, że omijałam ją szerokim łukiem. Dostała od innej pielęgniarki lek uspokajający. Później mnie przepraszała, ale widziała we mnie diabła z rogami. Był też pacjent, który ciągle wychodził z łóżka. Kilka razy był przyprowadzany na swoją salę. Raz był nawet na innym oddziale. Kiedyś w nocy pielęgniarki usłyszały przeraźliwy krzyk i rwetes na sali. Pobiegły zobaczyć na salę. Pacjent, nagi od pasa w dół, wszedł na żeńską salę i położył się do łóżka jakiejś kobiety. Chora narobiła rabanu, a on przestraszony bardziej niż ona nie wiedział o co chodzi. Nie chciał jej zrobić krzywdy, chciał się tylko położyć spać.Nie mówię już o latających kubkach czy załatwianiu swoich fizjologicznych potrzeb na środku sali.. No tak czasami niebezpieczną pracę mamy.
ps; Jakiekolwiek nazwiska w postach są przypadkowe.,
Z pamiętnika starej pielęgniarki
niedziela, 22 lipca 2012
piątek, 6 lipca 2012
Świadek Jehowy a krew
Nie tak dawno, rozmawiałyśmy na temat świadków Jehowych i ich podejścia do krwi. Pewnie dlatego, że w ostatnim czasie aż 3 osoby trafiły na oddział. do zabiegu. Jak postępować wobec braku zgody pacjenta na przetaczanie, jeśli jest mozliwość zagrożenia życia z powodu masywnego krwawienia. W większości przypadków nie zgadza się to z etyką lekarską i pielęgniarską, bo jak odmówić przetaczania krwi jeśli pacjent jest w stanie krytycznym. Z drugiej strony jest to poszanowanie czyjejś woli pacjenta, a co za tym idzie godności i prawa wyboru.
Pamiętam czasy, żeby podać choremu krew bez jego zgody, owijało się butelkę z krwią, czarną folią lub podawało się osocze tzw ,,suche,, - które miały kolor żółtawy i w niczym krwi nie przypominało. .
No cóż i pacjent i lekarz był zadowolony, Obaj zgodnie ze swoim sumieniem. Bo ten pierwszy żył i miał sie dobrze, myśląc ze nadal żyje wg zasad swojej religii a ten drugi, że postąpił zgodnie z przysięgą Hipokratesa no i dzięki temu zabiegowi, pacjent przeżył.
W dzisiejszych czasach nie słyszałam o stosowaniu takich metod. Raczej rozmawia się z pacjentem, pozostawia wolny wybór.Choć na ile jest to w pełni świadomy wybór? Bo wbrew przesądom św. Jehowych - żadna kroplówka nie zastąpi krwi. A przecież każdy chce żyć jak najdłużej , nadal cieszyć się rodziną, domem, pracą.
Miałyśmy pacjentkę po powikłaniach ginekologicznych, która odmówiła tej metody leczenia. No cóż z braku zgody odesłano ją na reanimację. Druga chora, z bardzo niską wyjściową morfologią- też nie chciała podpisać zgody, ale lekarz wyraźnie dał jej do zrozumienia. Albo podpisze, albo nie będzie zabiegu. Pani wybór. Powiedział i wyszedł. Pokrótce kazała zawołać lekarza, że zgadza się na operację i przetaczanie krwi. Operacja przebiegała prawidłowo, i na szczęście obyło się bez krwi. W przeciwnym wypadku była by wykluczona ze zboru.
Ale co z dziećmi. Czy rodzice świadomie zgadzają się na śmierć dziecka?. Koleżanka opowiadała, że w takim wypadku, lekarze występują do sądu o tymczasowe pozbawienie praw rodzicielskich wobec dziecka. To krótkotrwałe prawo, po przetoczeniu krwi, znów są prawowitymi opiekunami. Cały proces odbywa się w trybie pilnym i trwa bardzo krótko, bo przecież chodzi tu o zagrożenie życia. Ale zdarza się że rodzice, odrzucają swoje dzieci i po ich wyleczeniu nie odbierają je ze szpitala. I tego zrozumieć nie mogę. Wychowywać dziecko przez kilka, kilkanaście lat i je porzucić. Z powodu krwi. A co z uczuciami, co z miłością ?? Jaka religia każe z pełną świadomością skazywać własne dzieci na śmierć?
Myślę jednak, że w większości św. Jehowych przeżywa prawdziwy dramat, stawiając na szali dwie największe, najwyższe wartości swojego życia.- religia albo dziecko.
Na szczęście ja takich wyborów dokonywać nie muszę.
Pamiętam czasy, żeby podać choremu krew bez jego zgody, owijało się butelkę z krwią, czarną folią lub podawało się osocze tzw ,,suche,, - które miały kolor żółtawy i w niczym krwi nie przypominało. .
No cóż i pacjent i lekarz był zadowolony, Obaj zgodnie ze swoim sumieniem. Bo ten pierwszy żył i miał sie dobrze, myśląc ze nadal żyje wg zasad swojej religii a ten drugi, że postąpił zgodnie z przysięgą Hipokratesa no i dzięki temu zabiegowi, pacjent przeżył.
W dzisiejszych czasach nie słyszałam o stosowaniu takich metod. Raczej rozmawia się z pacjentem, pozostawia wolny wybór.Choć na ile jest to w pełni świadomy wybór? Bo wbrew przesądom św. Jehowych - żadna kroplówka nie zastąpi krwi. A przecież każdy chce żyć jak najdłużej , nadal cieszyć się rodziną, domem, pracą.
Miałyśmy pacjentkę po powikłaniach ginekologicznych, która odmówiła tej metody leczenia. No cóż z braku zgody odesłano ją na reanimację. Druga chora, z bardzo niską wyjściową morfologią- też nie chciała podpisać zgody, ale lekarz wyraźnie dał jej do zrozumienia. Albo podpisze, albo nie będzie zabiegu. Pani wybór. Powiedział i wyszedł. Pokrótce kazała zawołać lekarza, że zgadza się na operację i przetaczanie krwi. Operacja przebiegała prawidłowo, i na szczęście obyło się bez krwi. W przeciwnym wypadku była by wykluczona ze zboru.
Ale co z dziećmi. Czy rodzice świadomie zgadzają się na śmierć dziecka?. Koleżanka opowiadała, że w takim wypadku, lekarze występują do sądu o tymczasowe pozbawienie praw rodzicielskich wobec dziecka. To krótkotrwałe prawo, po przetoczeniu krwi, znów są prawowitymi opiekunami. Cały proces odbywa się w trybie pilnym i trwa bardzo krótko, bo przecież chodzi tu o zagrożenie życia. Ale zdarza się że rodzice, odrzucają swoje dzieci i po ich wyleczeniu nie odbierają je ze szpitala. I tego zrozumieć nie mogę. Wychowywać dziecko przez kilka, kilkanaście lat i je porzucić. Z powodu krwi. A co z uczuciami, co z miłością ?? Jaka religia każe z pełną świadomością skazywać własne dzieci na śmierć?
Myślę jednak, że w większości św. Jehowych przeżywa prawdziwy dramat, stawiając na szali dwie największe, najwyższe wartości swojego życia.- religia albo dziecko.
Na szczęście ja takich wyborów dokonywać nie muszę.
piątek, 15 czerwca 2012
nie tylko poziomica jest niebezpieczna..
Jednak najbardziej agresywnymi pacjentami są grzecznie mówiąc panowie po spożyciu alkoholu.. Gdy leżą dłużej niż dzień - pragnienie jest coraz silniejsze. Co niektórzy potrafią odłączyć sobie kroplówkę i wypić, sądząc zapewne, że w tych butelkach jest choć odrobinę procentowego napoju.
Opowiadała mi koleżanka taką sytuację.
Pacjent w ciągu alkoholowym stał na korytarzu i stał się postrachem oddziału. Zaczepiał chorych i personel, wyzywał wszystkich kogo napotkał. Pojawił się lekarz dyżurny powiadomiony przez pielęgniarki. Ten jednak wziął krzesełko i mierząc w lekarza wrzeszczał- nawet nie podchodź!! Ale krzesło nie było jedynym przedmiotem stojącym w holu korytarza. Tuż przy drzwiach stał stojak na ubrania. Był stary jakby przedwojenny, z pięknie rzeźbionymi nogami. Doktor więc, niewiele myśląc złapał za stojak i ruszył na delikwenta. Zaklinował go i przyparł do muru. Pacjent był nadziany między nogami i tak czekał na przyjazd karetki, i w nowym ubranku (kaftaniku bezpieczeństwa), w eskorcie dwóch rosłych mężczyzn został przewieziony w miejsce gdzie dobrze sobie radzą z takimi przypadkami.
Opowiadała mi koleżanka taką sytuację.
Pacjent w ciągu alkoholowym stał na korytarzu i stał się postrachem oddziału. Zaczepiał chorych i personel, wyzywał wszystkich kogo napotkał. Pojawił się lekarz dyżurny powiadomiony przez pielęgniarki. Ten jednak wziął krzesełko i mierząc w lekarza wrzeszczał- nawet nie podchodź!! Ale krzesło nie było jedynym przedmiotem stojącym w holu korytarza. Tuż przy drzwiach stał stojak na ubrania. Był stary jakby przedwojenny, z pięknie rzeźbionymi nogami. Doktor więc, niewiele myśląc złapał za stojak i ruszył na delikwenta. Zaklinował go i przyparł do muru. Pacjent był nadziany między nogami i tak czekał na przyjazd karetki, i w nowym ubranku (kaftaniku bezpieczeństwa), w eskorcie dwóch rosłych mężczyzn został przewieziony w miejsce gdzie dobrze sobie radzą z takimi przypadkami.
czwartek, 17 maja 2012
Na pielęgniarkę ręki nie podnoś !
Dopiero od niedawna istnieje prawo, które chroni personel medyczny od agresji pacjentów.
Teraz jak inni funkcjonariusze państwowi ( policjant, urzędnik itd..) możemy domagać się sprawiedliwości za podniesienie ręki.
Niestety, takich przypadków jest coraz więcej, ale nikt ich nie zgłasza.
Nie spotkałam pielęgniarki , która nie byłaby w jakiś sposób atakowana. I ja w swoim życiu zawodowym spotkałam się z agresją.
Zdarza się, że po operacji, pacjenci czasami tracą kontakt z rzeczywistością . Dochodzi do tego w skutek nie dotlenienia mózgu, mikro udarów, a często z nieznanych przyczyn. Na szczęście te zmiany najczęściej ustępują po kilku godz. lub dniach.
Pamiętam, że mieliśmy chorego po ciężkim zabiegu. Po kilku dniach zauważyłyśmy, że gdy tylko do niego podchodzimy staje się nieprzyjemny i agresywny. Nic koło siebie nie dał zrobić. Jednak na wizycie lekarskiej, był bardzo miły i spokojny, na wszystko się zgadzał. Gdy tylko lekarze zniknęli, znów stawał się nieprzyjemny. Sytuacja się powtarzała. Kilka razy prosiłyśmy lekarzy o interwencje, ale ci nie widzieli problemu.
Do czasu. Tego wieczoru pacjent znów był agresywny, wyzywał nas, groził i nie dał do siebie podejść. Zadzwoniłyśmy do doktora. Bo wy dziewczyny nie macie podejścia - usłyszałyśmy w odpowiedzi.
Było już późno w nocy, gdy ujrzałyśmy go przy łóżku. Stał nagusieńki, jak go Pan Bóg stworzył.
Prawie dwa metry wysoki, z naprężonym do granic możliwości cewnikiem moczowym i urwaną kroplówką -niczym predator zdążał w naszym kierunku. Zdawało się że ten cewnik nie ma końca i tylko patrzyłyśmy kiedy strzeli. Krzyknęłyśmy- co pan robi ! proszę wracać do łóżka !. Ale on , ku przerażeniu nie tylko nas ale i pozostałych pacjentów- dalej parł na nas. Zaczęłyśmy biegać po sali. W ruch poszły łóżka. On z jednej strony, my z drugiej. Próbowałyśmy go oddzielić, ale on zaczął bawić się w kotka i myszkę. W pewnym momencie złapał mnie za rękę. Ja do niego taka mikra, myślałam że złamie mi nadgarstek. Zdążyłam tylko jęknąć,,o jejuniu,,Chyba sam siebie przeraził, bo po chwili puścił mi rękę. Przybiegł lekarz i ruszył na naszego agresora. Miałam wrażenie ,że dzieje się to jak na filmie ,, Starcie Tytanów,, Doktor chciał go złapać od tyłu i unieruchomić . Ale ten cofnął się do okna i chwycił ciężką, drewnianą poziomicę i jak nie walnie w nerki naszego wybawcy. Na szczęście udało się go w końcu pochwycić, a my w jednej sekundzie podałyśmy odpowiednią dawkę środka uspokajającego. Po chwili nasz delikwent zsunął się na łóżko i niczym słodki aniołek spał do rana. Widziałyśmy, jak lekarz jeszcze przez kilka dni chodził obolały, ale już nigdy nie usłyszałyśmy, że przesadzamy.
To nie koniec historii. Następnego dnia ten pacjent nadal był agresywny, ale tym razem oberwało się noszowemu, który dostał kopniaka w brzuch. Potem go przepraszał, ale mógł nie pochodzić do niego, bo on nie ma nic do niego.
Okazało się, że facet miał tylko problem z kobietami. Ot taki damski bokser.
środa, 16 maja 2012
Może wulgarne, ale prawdziwe...
Z czasów studium pamiętam jeszcze jedną historię.
Miałyśmy w grupie koleżankę Elę. Dziewczyna była jak nie z tego świata. Nie raz wprawiała nas w konsternację, ale teraz zaskoczyła samą siebie. Mieliśmy robić wymazy na Salmonellę. Kto pracuje przy żywności, te badania są obowiązkowe. Patyczkiem pobieramy wymaz z tylnej części ciała i wkładamy do probówki. Wszyscy wiedzieli jak do tego się zabrać. Wszyscy oprócz Eli. Ela włożyła sobie całą probówkę. Sprawa wyszła na jaw, gdy zobaczyła że nasze patyczki znacznie różnią się zawartością od jej. I tylko dobrze, że probówka to wytrzymała. W końcu nie była z hartowanego szkła.
Pewnie bym sobie tego nie przypomniała, gdyby nie fakt, że niedawno miałam przypadek pacjenta, któremu trzeba było wyjąć słoik z tej części ciała. Ponoć to już czwarty raz. Niestety, tym razem pokaleczył sobie jelita i skończyło się bardzo poważną operacją. Ciekawe, czy czegoś go to nauczy.
Miałyśmy w grupie koleżankę Elę. Dziewczyna była jak nie z tego świata. Nie raz wprawiała nas w konsternację, ale teraz zaskoczyła samą siebie. Mieliśmy robić wymazy na Salmonellę. Kto pracuje przy żywności, te badania są obowiązkowe. Patyczkiem pobieramy wymaz z tylnej części ciała i wkładamy do probówki. Wszyscy wiedzieli jak do tego się zabrać. Wszyscy oprócz Eli. Ela włożyła sobie całą probówkę. Sprawa wyszła na jaw, gdy zobaczyła że nasze patyczki znacznie różnią się zawartością od jej. I tylko dobrze, że probówka to wytrzymała. W końcu nie była z hartowanego szkła.
Pewnie bym sobie tego nie przypomniała, gdyby nie fakt, że niedawno miałam przypadek pacjenta, któremu trzeba było wyjąć słoik z tej części ciała. Ponoć to już czwarty raz. Niestety, tym razem pokaleczył sobie jelita i skończyło się bardzo poważną operacją. Ciekawe, czy czegoś go to nauczy.
niedziela, 13 maja 2012
Wrocław wita...
Z czasów szkoły pamiętam jeszcze jedno zdarzenie z dreszczykiem. Całkiem realne.
Był stan wojenny.
Pamiętam jak dziś, skakałyśmy z radości - dwa tygodnie więcej laby. W internacie nie było telewizora i tak naprawdę nie wiele wiedziałyśmy co tak naprawdę się wydarzyło. Wybierałyśmy się z koleżanką do domu.
Na pociąg trzeba było czekać parę godzin, więc żeby być szybciej poszłyśmy na stopa. Nie pierwszy raz zresztą. Trochę czekałyśmy, ale w końcu zatrzymała się ciężarówka. Wsiadłyśmy. Dokąd chcecie jechać? zapytał kierowca. Jak najdalej- odpowiedziałam. Najlepiej do Dzierżoniowa. Rozsiadłyśmy się wygodnie,
a ponieważ rozmowa się nie kleiła słuchałyśmy radia. Ciągle nadawali komunikaty o sytuacji w Polsce, o ograniczonym ruchu i godzinie policyjnej.
Jechałyśmy już zbyt długo, kiedy zorientowałyśmy się, że coś jest nie tak. Powinnyśmy być już na miejscu. Poza tym jechałyśmy drogą, której nigdy wcześniej nie widziałyśmy, a przecież trasę do domu znałyśmy na pamięć. Spojrzałyśmy na siebie i wybuchnęłyśmy dzikim śmiechem. Co was tak rozśmieszyło- zapytał kierowca , ale my w odpowiedzi znowu śmiałyśmy się do łez. Czekałyśmy na dalszy rozwój zdarzeń. Jechałyśmy już ponad 20 minut, gdy zobaczyłyśmy tabliczkę z napisem Wrocław.
Otworzyłyśmy szeroko oczy ze zdziwienia, po pierwsze dlatego że nie spodziewałyśmy się, że tak daleko zajedziemy, po drugie- po obu stronach drogi zobaczyłyśmy rozstawione namioty, pełno ludzi w mundurach. Paliły się ogniska. Co to zjazd harcerzy? zażartowałam. Kierowca dziwnie na mnie spojrzał.
Zobaczyłam, że to wojsko i policja - kontrolowali każdy wjeżdżający pojazd. Podeszli i do nas, ale sprawdzili tylko papiery kierowcy. Dopiero wtedy zorientowałyśmy się, że sytuacja jest naprawdę poważna. Zaczęłyśmy się bać.
Nic tylko nas aresztują, wsadzą na noc do więzienia. Tym bardziej, że zbliżała się godz. policyjna.
Cóż wikt i opierunek za darmo.
Do domu wróciłam w pół do pierwszej w nocy - ostatnim pociągiem.
Był stan wojenny.
Pamiętam jak dziś, skakałyśmy z radości - dwa tygodnie więcej laby. W internacie nie było telewizora i tak naprawdę nie wiele wiedziałyśmy co tak naprawdę się wydarzyło. Wybierałyśmy się z koleżanką do domu.
Na pociąg trzeba było czekać parę godzin, więc żeby być szybciej poszłyśmy na stopa. Nie pierwszy raz zresztą. Trochę czekałyśmy, ale w końcu zatrzymała się ciężarówka. Wsiadłyśmy. Dokąd chcecie jechać? zapytał kierowca. Jak najdalej- odpowiedziałam. Najlepiej do Dzierżoniowa. Rozsiadłyśmy się wygodnie,
a ponieważ rozmowa się nie kleiła słuchałyśmy radia. Ciągle nadawali komunikaty o sytuacji w Polsce, o ograniczonym ruchu i godzinie policyjnej.
Jechałyśmy już zbyt długo, kiedy zorientowałyśmy się, że coś jest nie tak. Powinnyśmy być już na miejscu. Poza tym jechałyśmy drogą, której nigdy wcześniej nie widziałyśmy, a przecież trasę do domu znałyśmy na pamięć. Spojrzałyśmy na siebie i wybuchnęłyśmy dzikim śmiechem. Co was tak rozśmieszyło- zapytał kierowca , ale my w odpowiedzi znowu śmiałyśmy się do łez. Czekałyśmy na dalszy rozwój zdarzeń. Jechałyśmy już ponad 20 minut, gdy zobaczyłyśmy tabliczkę z napisem Wrocław.
Otworzyłyśmy szeroko oczy ze zdziwienia, po pierwsze dlatego że nie spodziewałyśmy się, że tak daleko zajedziemy, po drugie- po obu stronach drogi zobaczyłyśmy rozstawione namioty, pełno ludzi w mundurach. Paliły się ogniska. Co to zjazd harcerzy? zażartowałam. Kierowca dziwnie na mnie spojrzał.
Zobaczyłam, że to wojsko i policja - kontrolowali każdy wjeżdżający pojazd. Podeszli i do nas, ale sprawdzili tylko papiery kierowcy. Dopiero wtedy zorientowałyśmy się, że sytuacja jest naprawdę poważna. Zaczęłyśmy się bać.
Nic tylko nas aresztują, wsadzą na noc do więzienia. Tym bardziej, że zbliżała się godz. policyjna.
Cóż wikt i opierunek za darmo.
Do domu wróciłam w pół do pierwszej w nocy - ostatnim pociągiem.
sobota, 12 maja 2012
Na dobre i na złe...
Mówi się, że pielęgniarką zostaje się z powołania albo z przypadku.
Nie mam pojęcia co znaczy powołanie i czy ten stan może trwać do końca kariery zawodowej.
Nie mam pojęcia co znaczy powołanie i czy ten stan może trwać do końca kariery zawodowej.
Skończyłam ogólniak i trzeba było wybrać zawód. Wybór byl niewielki, albo sklepowa albo pielęgniarka. Ewentualnie na maszyny do fabryki. I tak zaczęła się moja przygoda - na dobre i na złe- ze służbą zdrowia.
Studium wspominam bardzo fajnie.
Co prawda nie byłyśmy jakoś zgrane, ale atmosfera była miła. Zdarzyło się kilka sytuacji , których nie sposób zapomnieć. Moje pierwsze spotkanie z duchami i pierwsza niespodziewana wizyta we Wrocławiu.
Dla mnie w tym czasie to były sytuacje jak z filmu grozy, na szczęście wszystko skończyło się dobrze.
Ale o tym następnym razem.
Dla mnie w tym czasie to były sytuacje jak z filmu grozy, na szczęście wszystko skończyło się dobrze.
Ale o tym następnym razem.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)