Z czasów szkoły pamiętam jeszcze jedno zdarzenie z dreszczykiem. Całkiem realne.
Był stan wojenny.
Pamiętam jak dziś, skakałyśmy z radości - dwa tygodnie więcej laby. W internacie nie było telewizora i tak naprawdę nie wiele wiedziałyśmy co tak naprawdę się wydarzyło. Wybierałyśmy się z koleżanką do domu.
Na pociąg trzeba było czekać parę godzin, więc żeby być szybciej poszłyśmy na stopa. Nie pierwszy raz zresztą. Trochę czekałyśmy, ale w końcu zatrzymała się ciężarówka. Wsiadłyśmy. Dokąd chcecie jechać? zapytał kierowca. Jak najdalej- odpowiedziałam. Najlepiej do Dzierżoniowa. Rozsiadłyśmy się wygodnie,
a ponieważ rozmowa się nie kleiła słuchałyśmy radia. Ciągle nadawali komunikaty o sytuacji w Polsce, o ograniczonym ruchu i godzinie policyjnej.
Jechałyśmy już zbyt długo, kiedy zorientowałyśmy się, że coś jest nie tak. Powinnyśmy być już na miejscu. Poza tym jechałyśmy drogą, której nigdy wcześniej nie widziałyśmy, a przecież trasę do domu znałyśmy na pamięć. Spojrzałyśmy na siebie i wybuchnęłyśmy dzikim śmiechem. Co was tak rozśmieszyło- zapytał kierowca , ale my w odpowiedzi znowu śmiałyśmy się do łez. Czekałyśmy na dalszy rozwój zdarzeń. Jechałyśmy już ponad 20 minut, gdy zobaczyłyśmy tabliczkę z napisem Wrocław.
Otworzyłyśmy szeroko oczy ze zdziwienia, po pierwsze dlatego że nie spodziewałyśmy się, że tak daleko zajedziemy, po drugie- po obu stronach drogi zobaczyłyśmy rozstawione namioty, pełno ludzi w mundurach. Paliły się ogniska. Co to zjazd harcerzy? zażartowałam. Kierowca dziwnie na mnie spojrzał.
Zobaczyłam, że to wojsko i policja - kontrolowali każdy wjeżdżający pojazd. Podeszli i do nas, ale sprawdzili tylko papiery kierowcy. Dopiero wtedy zorientowałyśmy się, że sytuacja jest naprawdę poważna. Zaczęłyśmy się bać.
Nic tylko nas aresztują, wsadzą na noc do więzienia. Tym bardziej, że zbliżała się godz. policyjna.
Cóż wikt i opierunek za darmo.
Do domu wróciłam w pół do pierwszej w nocy - ostatnim pociągiem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz